Panie Radek, trochę za bardzo Olę (jak dobrze pamiętam - mam wielki
sentyment do tego imienia) okłamujesz. :-))) Czy oby na pewno autor
(layountu, nie fontu) nie może tych fontów przekazać, czy też odstąpić
wydawcy (w tym przypadku)? :-) Podzielić się tym fontem na pewno nie może,
ale ...
_Gdyby_ umowa określała, że grafik wykonuje projekt przy użyciu pism,
których licencję posiada wydawnictwo, lub gdyby określała, że po wykonaniu
projektu licencja na wykorzystane fonty przechodzi z grafika (tj. on ją
traci) na wydawnictwo, to można by gdybać.
Ale:
1. Gdyby wydawnictwo już uprzednio miała te fonty, to by Ola nie prosiła o
nie grafika.
2. Gdyby taka czy inna klauzula była literalnie wpisana w umowie, to by nam
Ola o tym na pewno powiedziała.
Więc miast gdybać, przyjmujemy sytuację standardową, gdzie kwestie sporne
nie są jawnie określone w umowie. W takim przypadku stosuje się regularcje
ustawowe, m.in. z ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. A stamtąd
wynika, że:
1. Jeżeli grafik ma licencję do fontów, to ją może nadal mieć i nie musi
nikomu za darmo oddawać.
2. Jeżeli grafik nie był zatrudniony na umowę o pracę, to zachowuje prawa
autorskie do projektu.
A tak poza tym, to z receptą podaną przez Darka (punkty 1-4) się zgadzam. Z
opinią Akwilona, że kolejnemu grafikowi "przewróciło się w głowie" nie
zgadzam się w ogóle. Jeżeli prawo gwarantuje grafikowi pewne prawa, to nie
widzę powodu, by dobrowolnie i bez odpowiedniego wynagrodzenia z nich
rezygnować. Nie znam nikogo, kto np. dobrowolnie rezygnuje z ulg podatkowych
i na ochotnika zanosi do fiskusa teczkę pieniędzy już w pierwszym tygodniu
stycznia.
Jak już pisałem wielokrotnie, w Niemczech "etos" jest taki, że _domyślną_
formą umowy jest jednokrotna niewyłączna licencja, nie kompletne przekazanie
praw. I ani zlecenidawcy ani zleceniobiorcy się nie dziwią. A jeżeli ktoś
chce wyłączności czy nawet przekazania praw, to po prostu płaci 2x
(wyłączność) lub 4x (przekazanie praw) więcej. I to jest moim zdaniem
zupełnie fair, gdyż daje pole manewru zarówno jednej jak i drugiej stronie.
Oczywiście jak ktoś w podstawowym prawodawstwie jest nieoczytany, to...
winienie "tego drugiego" też nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Polska jest
jednym z niewielu znanych mi krajów, gdzie kompletne ustawodawstwo dostępne
jest na pięknie zorganizowanym, wygodnym serwerze internetowym Sejmu
(www.sejm.gov.pl), w związku z czym każdy użytkownik Internetu ma dostęp do
litery prawa. W Niemczech można sobie pójść do biblioteki publicznej i
pogmerać po grubych kodeksach, bo wszelkie bazy internetowe są płatne.
To tyle zza Odry,
Adam